O tym, jak rządzi mną konsumpcjonizm

Czasami łapię się na tym, że popołudniu odpoczywając po pracy, w myślach kiełkuje myśl, że oto jeszcze muszę coś zrobić – na przykład skoczyć do miasta, żeby wejść do tego jednego domu towarowego, który prowadzi Burt’s Bees i kupić sobie ich krem do rąk z mleczkiem migdałowym, bo kosztuje 11,99€ i zawsze mi było na niego szkoda pieniędzy, a teraz bym zaszalała, a co tam.

I koniec z odpoczywaniem. Głowa zajęta czymś innym, książka zapauzowana, palec wetknięty między strony, resztkami koncentracji obliczam, ile zostało mi jeszcze czasu drzemki (jakby co najmniej była jakaś granica)…

Wszystko bez sensu.

Wczoraj wieczorem wróciłam z pięknego weekendu we Frankfurcie. Pogoda nie była piękna, Frankfurt też nie, ale weekend jak najbardziej. Dwa i pół dnia. Jako że to stąd nie aż tak daleko byłam o 17 już na miejscu i mogłam rozkoszować się weekendem, podczas gdy pozostali wydawali się dopiero przeć w stronę dworca i weekendu. Z całego pobytu najbardziej podobała mi się francuska restauracja, którą odwiedziliśmy w sobotę wieczorem, nazywa się Maachanz i jest boska. To knajpa z prawdziwego zdarzenia, z lekko starym wystrojem, prawdziwa restauracja z sercem, pysznym jedzeniem, kelnerem z wąsem i białej koszuli, co rusz uchylał rąbka tajemnicy i z rękawa sypał przepisami na odtworzenie zjedzonych dań w domu – przyrządzając mule w żadnym wypadku nie dodawać czosnku! Wszystko tylko nie czosnek! Białe wino, masło, tymianek, szalotki, ale nie czosnek! Na sam koniec dużo pietruszki.

Dzisiaj, ciężko niewyspana, i z myślami gdzieś w okolicach niedzielnego poranka, posnułam się po pracy do rzekomej tej jednej galerii, aby wspomniany krem do rąk kupić. Nie mogłam się zdecydować, więc wzięłam obydwa. Były jeszcze nowe szminki nawilżające w pięknych kolorach i równie pięknych nazwach, więc też wzięłam. No i klasyczną pomadkę ochronną także, bo jakże by mogło jej zabraknąć. Przy kasie okazało się, że wcale nie mam na koncie wystarczającej sumy pieniędzy, bo na weekend za bardzo zaszalałam i bęc!

Na pocieszenie obok znajdował się bankomat, a ja miałam pieniądze na koncie oszczędnościowym, więc postanowiłam je sobie od razu przelać. Coś nie zadziałało, nie udało mi się dokonać transakcji, więc postanowiłam szukać bankomatu. Przeleciałam przez pół centrum w poszukiwaniu bankomatu aż mnie ocuciło i dotarło do mnie, co tak właściwie robię. Latałam po mieście bez obiadu, zmęczona, niewyspana i z zalążkami przeziębienia, bo chciałam sobie kupić kosmetyki, które wcisnęłabym do mojej i tak już przepełnionej kosmetyczki.

Morał z tej historii jest taki, że rządzi mną konsumpcjonizm i cała moja lektura i przemyślenia na temat minimalizmu się opłaciły. Kremu nie kupiłam i nie zamierzam. Dziękuję bardzo.

Lekcja minimalizmu w Świnoujściu

A właściwie przyspieszony kurs minimalizmu. Nie chodzi nawet o Świnoujście samo w sobie, jakoby to ono minimalizmem stało (broń Boże…), chodzi bardziej o wyjazdy wszelakie.

Jestem na takim etapie, że wakacjami nazywam odwiedziny u rodziców, co się jeszcze załapuje na wakacje, bo to wystarczająco daleko, więc bite sześć godzin pociągiem trzeba jechać, no i mieszkają w Świnoujściu, więc w miejscowości, gdzie większość ludzi spędza urlop z prawdziwego zdarzenia i za ciężkie pieniądze. Spakowałam w walizkę same letnie rzeczy. Oczywiście, wiem jaka tu jest pogoda i upału trzydziestostopniowego doświadczyłam tu może raz, ale lato i urlop i spacer po plaży, a działka, hamak, balkon i książka. Świnoujście przywitało mnie deszczem, wiatrem, termometr wskazywał w porywach raptem 15 stopni, ja w walizce jedne dżinsy i jedna marynarka. A gdzie moje kreacje? Gdzie moje misternie dobierane boxy cropped shirt do długich spódnic? Gdzie te klapki i sandałki z korka? Otóż. Po co. Na wakacje równie dobrze można spakować dosłownie dwa komplety ubrań, dwa outfity: raz to, co ma się na sobie i drugi outfit na zmianę. Tym bardziej jeśli odwiedzamy rodzinę to zawsze możemy też coś pożyczyć. Ja na przykład zapomniałam bielizny, więc najpierw kupiłam sobie set bawełnianych majtek w Kauflandzie, a w chwilach zwątpienia wspomagam się kolekcją mojej mamy.

Czy to fu? Nie sądzę.

Jeżeli można pożyczyć bieliznę, to tym bardziej można pożyczyć bluzkę, sweter lub ciepłą kurtkę.

Po co pakować całą walizkę ubrań? Żeby mieć więcej do wyboru? Hmm…

Lato to taka pora roku, kiedy zawsze kupuję więcej ubrań. Na lato jest więcej możliwości, letnie ubrania mają różne długości, wzory, kształty. Latem można bawić się modą. Także ze względów praktycznych trzeba mieć nieco więcej ubrań – szybciej się pocimy, a więc trzeba je więcej prać, to znaczy z kolei, że się szybciej zużywają i tak dalej.

Po co to na co, jak mawia klasyk? Większość ubrań leży w mojej walizce nieużywanych i pewnie ich nie ubiorę ani razu. Zapakowałam się w dużą walizkę, bo przecież tyle ubrań, a tylko jeden ciepły sweter.

Zapamiętać sobie: następnym razem zabrać jeden outfit (ewentualnie dwa, w zależności od długości wyjazdu) i nie zawracać sobie głowy pierdołami. Dziękuję.

Glutenfull

Próbowałam przez cały zeszły tydzień odżywiać się bez glutenu, nabiału i cukru. Udało mi się to dość przyzwoicie, głównie dlatego, że nie chodzimy regularnie na zakupy, bo zazwyczaj nam się nie chce, tak więc chleba w domu po prostu nie było, a przed szóstą rano nawet nie miałam gdzie go kupić. Za to wjechały owocowe i warzywne koktajle albo rzeczone owoce i warzywa w całości, zamiast chleba.

Cukier – nie słodzę już od pewnego czasu. Jako że rano mam za mało czasu i przeważnie udaje mi się tylko wlać chlust gorącej wody do kubka, obrócić się na pięcie, biegusiem wyjść z domu i przez ulicę. Pijąc popołudniową kawę, najczęściej jest taki syf w domu, że nie wiem, gdzie jest cukierniczka albo nie chce mi się po nią iść – tym leniwym sposobem, oduczyłam się słodzić. Szkoda tylko, że dzisiaj cukier jest absolutnie we wszystkim, nawet w produktach, gdzie byśmy się go nie spodziewali lub gdzie jest po prostu zbędny. Tych produktów nie wyeliminowałam, zrezygnowałam po prostu z cukru w czystej postaci.

Jeśli chodzi o nabiał to jestem w stanie zrezygnować z krowiego mleka, ale ser? Ser pleśniowy na kolację do lampki wina? A w ogóle jeszcze bagietka i masło do tego?! Ser feta? Lody??? Staram się ograniczyć mleko krowie, ale bardziej na zasadzie eksperymentu. Pojawia się teraz tyle nowych smaków, nierzadko wymyślnych, dlaczego by ich nie spróbować? Kawa z mlekiem sojowym lub migdałowym smakuje mi o wiele bardziej niż z krowim, bardzo lubię ten szorstko-papierowy posmak, jeśli tak można powiedzieć.


Życie to wzloty i upadki, poprzeczki i niepokonywanie ich. Przez rok czasu myślałam, że mam temat pracy magisterskiej i poruszałam się w tym kierunku, a potem przyszło orzeźwienie pod postacią nowego profesora i okazało się, że nie mam. Ale już mam nowy! Nowy temat i znowu poruszam się w tym kierunku. Na moim biurku stosik książek do tematu, moja drukarka wypluwa kolejne teksty. Zeszłą niedzielę spędziłam w bibliotece, gdzie przez bitych pięć godzin czytałam, czytałam i czytałam. Już dawno nie miałam tego luksusu, to miłe mrowienie w głowie pod koniec dnia. Piszę o nauczycielach języka obcego, którzy nauczają języka obcego. To znaczy języka, który dla nich też jest językiem obcym. Czyli na przykład ja. Najciemniej jest pod latarnią, okazało się – wystarczy spojrzeć na siebie. Nauczam niemieckiego, mimo że nie jest to mój język obcy. W mojej pracy chciałabym wykazać, jaką rolę mają takie osoby, jakie kompetencje i umiejętności wnoszą w porównaniu z nauczycielami native-speakerami.


Z biegiem czasu zmieniają się także gusta muzyczne, na to by wyglądało. Ostatnio słucham Radiohead, szczególnie „I Promise”, a kiedyś myślałam, że zamulają niemiłosierie i nie da się tego wytrzymać. Słucham jazzu, Leonarda Cohena i audycji radiowych w Trójce, szczególnie Aksamit i Marka Niedźwieckiego w sobotę przed południem.

Lipsk wiosną

Najlepsze uczucie na świecie to zbudzić się rano w sobotę i jeszcze leżąc w łóżku poczuć powiew świeżego powietrza na twarzy. I tak sobie leżeć, oddychając miarowo, mając cały piękny dzień przed sobą, powoli, nieśpiesznie zastanawiając się, po którą książkę lub czasopismo by tu sięgnąć, czy kawa czy herbata.

Nastała wiosna i trwa sobie w najlepsze, a ja wraz z nią dopiero teraz poczułam, że naprawdę mieszkam w tym mieście. I jakie ono piękne! Jakie przyjemne, szczególnie na wiosnę! Przyczynił się do tego niewątpliwie rower. Należę do osób, które używają roweru tylko jak jest ładna pogoda, to znaczy nie jest za zimno i nie pada. Nie jestem aż tak zagorzałą rowerzystką, na rowerze jeżdżę po parku i na zakupy. Codziennie rano w drodze do pracy obserwuję ludzi, którzy jadą niemały kawałek rowerem do dworca, zostawiają rower tam, przesiadają się na pociąg, potem na miejscu jadą tramwajem lub pieszo. Ja chyba aż tak mobilna nie jestem. Zresztą bałabym się o mój rower. Pokonuję moją drogę do pracy tramwajem, pociągiem i tramwajem, tak bardzo jak się da. Obserwuję więc z siodełka to moje miasto, w którym to z powodzeniem mieszkamy od października, i dopiero teraz zaczyna mi się podobać. Teraz je tak naprawdę doceniam, teraz mam wrażenie, że tu naprawdę mieszkam, a nie tylko sypiam, teraz nie chcę się z niego wyprowadzić. Być może zawsze tak jest, że dopiero pierwsza wiosna i pierwsze lato w danym miejscu pozwala tak naprawdę „zapuścić korzenie”, w ogromnym cudzysłowie, bo to tak szybko się nie zdarza, ale to wtedy wraz z kwitnącymi drzewami kiełkuje w nas takie poczucie, że jesteśmy tu i teraz i jest dobrze. O ile bazylia na stole się panoszy, parzy się herbata, truskawki się prężą. Lipsk chilluje. Mimo, że to dość sporych rozmiarów miasto, ok. 500 000 mieszkańców, czyli taki Wrocław, życie toczy się tutaj raczej spokojnie. I winne są temu wcale nie zmiany demograficzne, że niby mieszkają tu tylko starzy ludzie, emeryci i renciści, którzy większość czasu spędzają w kolejce do lekarza i w domu (w tej kolejności). Lipsk to bardzo młode miasto, które jako jedyne w Bundesrepublik rośnie – notorycznie notuje się tutaj napływ nowej ludności, więcej ludzi się rodzi niż umiera. Lipsk jest magnesem i od kilku lat z powodzeniem ściąga do siebie ludzi. Na przykład taka ja. My 🙂 Mimo wszystko jest tutaj płasko, co mi jako weekendowej rowerzystce bardzo odpowiada, bo nie lubię jak jest pod górkę. Ruch samochodowy w mieście nie jest przytłaczający, jest przyjazny dla pieszych i rowerów. W samym centrum jest bardzo dużo parków, a nawet kawałek lasu. Wystarczy tylko oddalić się 5 minut od centrum, a już jesteśmy w lesie. Wszędzie znajdują się jeszcze miejsca nieodkryte, nieco dalej od centrum, gdzie nie wszystkie kamienice odnowione są na biało, a na sufitach nie ma sztukaterii, są za to liczne startupy, teatry, atelier i inne inicjatywy, które czynią miasto interesującym. Teraz mieszkam tutaj i nie chcę się wyprowadzać. Podkreślam to sama przed sobą tym bardziej, że miałam niedawno wątpliwości. Póki co najbardziej trzyma mnie tutaj roczny „zakaz” wypowiedzenia umowy, więc myślałam sobie, ok, rok przecież przetrzymam, ale teraz mówię to z przekonaniem! Powoli odkrywam swoje miejsca, wydeptuję swoje ścieżki. W sobotę na Richard-Wagner-Platz jest pan, chyba Grek, który sprzedaje nadziewane papryczki i inne pyszne serki, tak bosko przyprawione! Same pyszności, a na dodatek karmi od serca, bo daje wszystko popróbować i nie poprzestaje na jednej porcji, więc nigdy nie odchodzi się głodnym. Przetestowaliśmy już kilka hinduskich knajp, więc wiemy, gdzie kierować się po najlepsze curry. Najlepsza, a przynajmniej najładniejsza kawiarnia miasta jest chyba tuż pod nosem – Fleischerei na Jahnallee. Wszystko jest. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że ludzie chcą nas odwiedzać – gościliśmy przez tych kilka miesięcy już o wiele więcej osób niż w całym moim dotychczasowym życiu tutaj łącznie. Bosko!

Piszę to wszystko dlatego, że chcę sama przed sobą, jakoby na piśmie, oznajmić, że aktualnie jest tak i tak w moim życiu. Opisać obecną sytuację i aktualny stan ducha. Jeszcze miesiąc temu byłam gruba, nieszczęśliwa, sfrustrowana i chciałam się wyprowadzać natychmiast. Nie wiedziałam tylko dokąd i dlaczego. Teraz akceptuję moje życie, po długich rozważaniach doszłam do wniosku, że idę dobrą ścieżką i zaprzyjaźniłam się z myślami, które co jakiś czas regularnie każą mi wszystko rzucić i wyprowadzić się nad morze. Teraz nie. Teraz idę na ryneczek.

Dziś jestem chora

Wczoraj wieczorem śledziliśmy pierwsze wiadomości z belgijskiej telewizji na temat wyborów prezydenckich we Francji. Mediom francuskim grożą bodaj surowe kary pieniężne za spekulowanie na temat wyników przed zamknięciem lokali wyborczych. Dom wypełnił się językiem francuskim, transmisja na żywo. W kuchni w radiu równie podekscytowane Deutschlandradio. Ja lekko zaniepokojona. W ten sposób udzielił mi się ten nastrój, ta niepewność, że przecież może też wygrać Le Pen. Pamiętam ten listopadowy wieczór, gdy kładliśmy się spać z myślą, że jak następnego dnia wstaniemy rano to będzie już wiadomo, kto wygrał wybory prezydenckie w USA. I się dowiedzieliśmy. Ja jako pierwsza, o 5 rano. Wynik jest wszystkim znany.

A też nikt się z tym nie liczył. A wszyscy uważali to za absurdalne. Wszyscy pukali się w czoło. W tym tonie przynajmniej nadawały wszystkie europejskie media.

Tym razem we Francji udało się i wygrał kandydat proeuropejski. Dla mnie niemniej jednak pozostanie ten wieczór wyborczy pierwszą sytuacją, kiedy to odczuwałam pewien niepokój związany z wynikiem wyborów, gdzieś tam na świecie, bo przecież nie u nas… 

Nie wiem, co się stało z pogodą, bo już od trzech tygodni jest pochmurno i niemal w ogóle się nie rozpogadza. Albo akurat wtedy, gdy ja jestem w pracy i nawet nie mam jak wyjść na świeże powietrze. Już kilkakrotnie zakręcałam grzejniki ogłaszając koniec sezonu grzewczego. I kilkakrotnie z powrotem je odkręcałam. Dzisiaj rano też – wszędzie na trójkę, nawet w kuchni. Pozapalałam też światła, choć jest niby jasno i godzina młoda. Niech trochę poudają słońce.

Ostatnio oglądam bardzo dużo filmów Casey Neistat, wyciskam soki z jabłek, marchwi i robię smoothie, namiętnie spryskuję kwiaty, robię im prysznic i dokupuję nowe. Dziś posadziłam też rzeżuchę i upiekłam ciasto jabłkowe. Z cynamonem.

Melduję się!

Zamilkłam na pewien czas.

Trudno mi było znaleźć czas. To znaczy, miałam nawet tego czasu trochę, ale czas, kiedy to nie jestem zestresowana, smutna lub zmęczona – tego czasu trochę brakuje.

W radiu Marek Niedźwiecki puszcza jak co sobotę świetną muzykę. Za oknem znów deszcz, wiatr i kurtki zimowe. Dobrze, że sobota, nie trzeba wychodzić z domu. Ostatnio poczułam wiosnę. Wzrosła ilość produktywnych godzin w ciągu dnia. Gdy wstaję rankiem o 5:20, to słońce wstaje razem ze mną. Jem śniadanie przy wschodzącym słońcu. Wieczorem relaksuję się przy zachodzącym słońcu, chwilę potem idę spać.

To nawet dobrze, że pogoda nie sprzyja, bo powinnam przecież pisać pracę.

Pisać pracę, te dwa monotonne słowa. Ostatnio zorientowałam się, że rok temu zwolniono mnie z pracy pod pretekstem „pisania pracy magisterskiej”. Napomknęłam, że oto mam zamiar zacząć pisać moją pracę i czy w związku z tym mogłabym przychodzić dwa dni, ale na więcej godzin (a warto wspomnieć, że pracowałam 13 godzin tygodniowo wtedy). W odpowiedzi zwolniono mnie dokładnie pod tym pretekstem.

W sumie jestem za to wdzięczna. Bo musiałam/odważyłam się poszukać innej pracy i w ten oto sposób już od niemal roku uczę niemieckiego. Już niemal rok jestem Frau Gosia. Goshia, Gosha, Gushe, Gosha, Goshe. Z moją magisterką tkwię jednak w miejscu. Zrobiłam mały, nieśmiały krok do przodu. Pewne rzeczy się w międzyczasie pokomplikowały, na przykład to, że straciłam promotora, któremu opiekowanie się moją pracę najwidoczniej się odwidziało. Teraz, wraz z wiosną, znów mam motywację. Zasiadam przy fotelu przy oknie, wśród kwiatów, wśród mojego wypielęgnowanego buszu i czytam książki naukowe. To miłe uczucie.

U nas w domu panuje ogólnie naukowa atmosfera. Gdy jesteśmy oboje z Julianem w domu i akurat nie sprzątamy, nie jemy lub gotujemy to pracujemy. Emy-emy. Jest cicho, każdy pogrążony w lekturze lub pochylony nad laptopem. Nie mamy telewizji. Mamy telewizor, ale, jakby, w środku nic nie ma, to znaczy mamy tylko urządzenie telewizor, który czasem podłączamy do laptopa i oglądamy Netflix, film albo Germany’s Next Topmodel. To w sumie świetne rozwiązanie, polecam każdemu. Telewizor, a właściwie reklamy, nie brzęczą w nieskończoność w tle, za głośno i zupełnie bez sensu, a mimo wszystko można o wiele wygodniej oglądać treści, które naprawdę nas interesują. Muzyka to Trójka naprzemiennie z Deutschlanradio. Ewentualnie Madeleine Peyroux, Beatlesi, Julian Casablancas lub Hey na winylu. Gusta muzyczne ani repertuar za bardzo mi się nie zmieniły. Nie nadążam też za bardzo z technologią, więc słucham muzyki, którą mam na płytach, a nowych ostatnio nie kupuję za dużo. Pracujemy. Chcesz kawy?

W kwietniu zaliczyłam też pierwszy (płatny) urlop w moim życiu, który to spędziłam za granicą. Przedwielkanocny tydzień w Madrycie!

W Madrycie nie rozumiałam za bardzo, o co chodzi. Nie złapałam za bardzo bakcyla. Być może dlatego, że niemal cały czas poruszaliśmy się pięcioosobową grupą, więc hiszpańskie życie i widoki właściwie tylko podziwialiśmy z odległości. Jedyna interakcja z miejscową ludnością miała miejsce z kelnerem – w kawiarni lub restauracji. Była ładna pogoda. Codziennie dwadzieścia pięć stopni – mikroklimat był na tyle zadziwiający, że pomimo tej temperatury nie było gorąco. Podczas gdy przyjezdni chodzili porozbierani do rosołu, paradując w najdziwniejszych okryciach głowy i karku, miejscowi preferowali modę iście jesienną – dżinsy, botki, płaszcze. Jedną z nielicznych rzeczy, która mi się kojarzy z Hiszpanią to oczywiście Tapas, więc pierwszą pozycją na mojej liście „to-do”, a właściwie to-eat, były właśnie one – Tapas! Dzisiaj idziemy jeść tapas!

W międzyczasie zorientowałam się jednak, że tapas to nie nazwa żadnej konkretnej potrawy, tapas to po prostu mała porcja czegokolwiek. Po polsku powiedzielibyśmy może przystawka? W wielu restauracjach można było zamówić jedzenie w formie tapas lub raciones. Mała lub duża porcja. Przystaweczka lub normalna porcja.

Hiszpanom można pozazdrościć ich życia ulicznego. Ludzie po prostu spędzają czas na ulicy. Gdyby się nad tym dłużej zastanowić to nawet nie wiem, dlaczego. I pewnie najlepiej pokazuje to też tę różnicę kulturową – u nas być może trzeba mieć powód, żeby wyjść z domu, na ulicę, podczas gdy w Hiszpanii jest to zupełnie naturalne. I nawet nie chodzi o to, że idę do knajpy i przesiaduję w tej knajpie dzień i noc (choć oczywiście też). Ludzie wychodzili na dwór i przesiadywali po prostu na ławeczce pod domem, ławeczce pod Carrefour, gdziekolwiek. I wcale nie były to super ławki albo super do tego stworzone miejsca do przesiadywania, tak jak architekci miejsc publicznych to sobie wyobrażają. Ulica to takie przedłużenie mieszkania. Jak gdyby w myśl zasady, dlaczego mam wylegiwać się na kanapie, mogę to zrobić na świeżym powietrzu. Być może też rzadkością są balkony (poza takim mini, niektórzy mówią na to rzygownik…), dlatego gdy chcę pospędzać czas na świeżym powietrzu to po prostu muszę wyjść z domu? Niemniej jednak stwarza to niesamowitą atmosferę. Życie uliczne. Myślę, że po to ludzie jeżdżą w ogóle do Hiszpanii lub Włoch. Szczególnie zamuleni turyści z Niemiec.

Przyszłe miesiące stoją pod znakiem dalszego zmagania się z pracą magisterką, literatury naukowej i bibliotek uniwersyteckich.

Na pamiątkę minionych wakacji – mały madrycki widoczek.

IMG_20170410_155357

Detoks szafy – wrażenia

Jakiś czas temu postanowiłam pozbyć się z mojej szafy poliestrowych ubrań. Nie chodziło nawet o wszystkie sztuczne włókna, tylko poliester. Ten okropny poliester, którego tumany znajdziemy w każdej sieciówce na wyprzedaży. Jestem zdania, że poliester jest w modzie zdecydowanie nadużywany. O ile można zrozumieć jego zastosowanie przy produkcji wszelkiego rodzaju tapicerki, namiotów, odzieży outdoorowej itp., tak ciężko zrozumieć jego wszechobecność w modzie codziennej na każdą porę roku – od kostiumów kąpielowych, przez zwiewne bluzki, po swetry i dżinsy.

W tamtym okresie borykałam się z problemami skórnymi. Swędzenie, podrażnienie, wrażliwość, wysypki. Wtedy zaczęłam się też interesować materiałami i jakością ubrań, więc było dla mnie oczywistym, że to wina poliestru. Zawsze preferowałam mieć skromną ilość ubrań, więc z małymi wyjątkami nosiłam te same ubrania przez okrągły rok.

Mimo że przez cały ten czas uważałam się w pewnym sensie za minimalistkę i byłam przekonana, że świadomie konsumuję i wydaję pieniądze, chodziłam przez cały ten czas na zakupy i kupowałam nowe rzeczy, oczywiście byle bez poliestru. W międzyczasie przydarzyło się wesele, na którym miałam być świadkiem. Będąc świadomą konsumentką powzięłam zamiar, żeby nie wydawać ciężkich pieniędzy, którą raczej rzadko będę miała okazję ubrać, rozejrzałam się więc na DaWanda. Jedynymi wymogami była długość midi i kolor. Znalazłam więc czerwoną sukienkę, bez rękawów, odcinaną w talii, z koła, modelowo co prawda krótszą, ale na zamówienie można było zamówić inną długość. Materiał 100% bawełna. Stwierdziłam, że jeśli ślub jest w kwietniu to raczej będzie ciepło, a raczej nie będzie mi się uśmiechało spędzić pół dnia i pół nocy owinięta lateksem, nylonem czy innym poliamidem. Rozochocona zamówiłam sukienkę, która okazała się katastrofą, bo talia była w zupełnie innym miejscu niż u mnie. Ten krój do kolan chyba też był nie z przypadku, bo przedłużona wyglądała strasznie ciężko. No i ten materiał… 100% bawełny to oczywiście przyjemny materiał, ale na t-shirt, bieliznę lub pościel. Nawet najzwyklejsze majtki mają często domieszkę elastanu. Dżinsy są też rzadko ze stuprocentowej bawełny. Miała być to sukienka na specjalną okazję, gdzie warto wyglądać dobrze z każdej strony. Ta sukienka gniotła się niemiłosiernie przy każdym ruchu. Strach było w niej usiąść. Przez ogromne fałdy materiału nie można było jej nawet dobrze doprasować. Hmmm…

Musiałam oczywiście kupić drugą sukienkę. Znalazłam zwykłą acz elegancką szarą sukienkę, która wyglądała zadziwiająco dobrze na wieszaku. Okazało się, że to poliester z domieszką innych materiałów. Sukienka, która w ogóle się nie gniotła, a kontrafałdy zostawały na miejscu. Na dobrą sprawę można by ją było nawet wyprać w pralce. Poszłam oczywiście w tej sukience. Zostałam z czerwoną bawełnianą sukienką midi, której na dobrą sprawę nie mogę nosić nawet latem, bo talia jest w złym miejscu, a na dodatek jest ona za szeroka. Wyobrażałam sobie ją już latem z brązowymi sandałami, jakąś luźną torebką, okulary muchy, pasek… Ale nie wiem. W tej chwili zajmuje mi ona całkiem sporo miejsca w szafie, wala się po ziemi, bo jest dosyć długa i nie mam wcale ochoty jej wyjąć i nałożyć. Zdecydowanie nieudany zakup.

Także w kategorii ubrań codziennych oczyściłam moją szafę z poliestru. Nabywałam białe i niebieskie koszule wiskozowe. Białe zwiewne bluzki, też z wiskozy. Bluzki lniane i z konopii. Koszule wiskozowe w ogóle się nie przyjęły, bo strasznie się gniotły. Nie prały się też za dobrze, bo po każdym praniu materiał był jeszcze bardziej podatny na gniecenie. Prawdopodobnie jest wiskoza różnego gatunku, ale znam się na tym i nie wiem, jak ją rozpoznać. Niektóre wiskozowe bluzki najzwyczajniej w świecie się skurczyły i są mi o wiele za ciasne w biuście, a przede wszystkich w ramionach.

Jakiś miesiąc temu przeprosiłam się z poliestrem i dodatkiem sztucznych materiałów. Kupiłam czarną zimową sukienkę do noszenia „na coś”. Ma ok. 50% poliestru, reszta domieszka materiałów. Trzyma fason i nie mam obaw wrzucić ją do pralki. Kupiłam też dwie poliestrowe bluzki koszulowe, bo miały wyjątkowo przyjemny poliester. Kupiłam je w domu towarowym na wyprzedaży zwyczajowo dość drogich marek. Materiał jest bardzo przyjemny w dotyku, dobrze czuje się na skórze. Dlaczego nie?

Zrozumiałam, że są ubrania na każdą porę roku. Nawet jeśli baza pozostaje ta sama, to zmieniają się poszczególne elementy. Tak samo jak wełnianego swetra czy płaszcza nie ubierzemy raczej latem, tak samo poliestrowe koszule możemy schować w bezpieczne miejsce, gdzie przeczekają do następnej zimy. Są też ubrania na różne okazje. Jeżeli sytuacja wymaga od nas elegancji to nie ubierzemy raczej lnianej bluzki, choćbyśmy i były zagorzałymi zwolenniczkami lnu.

Moje problemy skórne rozwiązały się w momencie, gdy w końcu – po dobrych kilku latach stosowanie tylko mydła do mycia się, rezygnacji z mleczka do ciała będąc przekonaną, że to ono wysusza, bo pełne jest sztucznych składników – wysypka, zaczerwienienie i swędzenie dotarły na twarz, co mnie bardzo szybko wygoniło do dermatologa i okazało się, że mam egzemę. Dostałam maść, moja skóra się poprawiła, jednak ten stan często wraca. Cóż. Oczyszczenie mojej szafy z poliestru na pewno nie zaszkodziło mojej skórze. W dalszym ciągu preferuję materiał naturalny, który jest przyjazny dla skóry i dla środowiska, ale już nie demonizuję poliestru.